Kategorie: Wszystkie | kultura
RSS
piątek, 25 maja 2018
zachęta, wolność, nie gloryfikacja

   Właśnie kończy się w Zachęcie świetna wystawa pod dość nieszczęśliwym niestety, tytułem - PRZYSZŁOŚĆ BĘDZIE INNA. WIZJE I PRAKTYKI MODERNIZACJI SPOŁECZNYCH PO ROKU 1918. Jest to przede wszystkim wystawa sztuki, i jej dokonań, świadectw i dokumentów powinniśmy tu oczekiwać. Tak, i tu się z nimi spotykamy (ale nie tylko z nimi) w szerokim zakresie, w niezwykłym zgromadzeniu sygnałów postaw twórczych i motywacji leżących u podstaw dzieł zmaterializowanych lub pozostałych w czystych ideach. Wszystko to należy już do historii i wyciągnięte zostało z archiwów, muzeów ale i miejsc mało znanych bądź ukrytych. Wielka w tym zasługa autorki wystawy Joanny Kordjak, że udało się jej doprowadzić do przejrzystej, multimedialnej, efektownej ekspozycji nie tracąc przy tym walorów poszczególnych dzieł-haseł, typu Teresa Żarnowerówna, Stefan i Franciszka         Themersonowie, Mieczysław Berman, lecz przeciwnie, "rozwijając" je w aktualne konteksty. Wielka szkoda, że wystawa przechodzi bez większego publicznego echa, (słyszałem jako zarzut jej erudycyjność, co wydaje mi się humorystyczne) do czego, w jakiś sposób, przyczynia się już sam jej niefortunny chyba tytuł, ale szukanie przyczyn dlaczego tak się dzieje, to inny temat.

   Wystawa obejmuje wiele sal Zachęty, co sprzyja klarowności w przedstawianiu i motywowaniu zgromadzonych obiektów, pośrednio wpływając na jej powagę, przy tym w popisowy sposób zagospodarowując jej wewnętrzną architekturę, przestrzeń do eksponowania. Nie waham się nazwać tej wystawy wielką, głównie  ze względu na nienachalne skłanianie widza do "uczestniczenia" w odczytywaniu jej ważnych, mimo historyczności, sensów. (W przeciwieństwie np. do niedawnej problemowej wystawy Mariana Bogusza pt. - Radość nowych konstrukcji... tej samej autorki, gdzie stłoczenie na niewielkiej przestrzeni zbyt wielu przedmiotów bez odpowiednio czujnej selekcji, dało raczej efekt "magazynowy", sprawozdawczy, niezależnie od samej jakości prac. Ukazujący bardziej ich dyskusyjność, a w mniejszym stopniu walory, a nie o to chyba chodziło).

   Szymon i Helena Syrkusowie, budownictwo socjalne w Konstancinie lat 30. (tak,tak, dziś polskie Bewerly Hills), Katarzyna Kobro z projektem przedszkola, spółdzielnia Start (Ford, Cękalski, Zarzycki), postulat teatru symultanicznego (Schiller, Andrzej Pronaszko), Sergiusz Eisenstein Dziennik Głumowa, 1923 r. Bronisław Linke, legendarna Dźwignia, Mieczysław Szczuka, Henryk Wiciński, Miesięcznik Literacki, tomik Włodzimierza Majakowskiego, Anatol Stern, Henryk Streng - Włodarski, Henryk Stażewski, Karol Hiller, Tadeusz Trepkowski: - ciąg haseł - symboli, które wystawa tylko wywołuje, jak stop klatki w filmie. Zatrzymane, zastygłe w jasnym ruchu do przodu.

   Tyle wystawa dzieł plastycznych potrafi: - przywołać, na ile się da w pełni pokazać (obrazy malarskie, fotografie), zasygnalizować (architekturę, dramat teatralny, film, scenografię, poezję). I to wystawa Zachęcie sprawiła.

   Wszystkie przywołane tu zjawiska, symbole i przykłady dokonań twórczych i realizacji, są autorstwa ludzi lewicy. Komunistycznej, socjalistycznej, anarchosyndykalistycznej itp. ale lewicy. Mimo odmienności i sprzeczności głoszonych programów opierającej się na wartościach humanistycznych, nie na ich zaprzeczaniu! To m.in. prawa człowieka, sprawiedliwość, równość, wyzwolenie od wyzysku, zwalczanie rasizmu, faszyzmu, projekcje lepszego świata, nie krępowana niczym wolność człowieka, sztuka dla sztuki, prawo do eksperymentu, eksperyment jako czynnik warunkujący rozwój człowieka... To tylko wyimki z katalogu wartości, któremu hołdowała lewica od zarania niepodległości. I drugi wyróżnik fundamentalnych wartości humanistycznych w tym lewicowych, to wiara w postęp. Przy nieskończoności jego odmian istnieje w całej formacji lewicy dający się wyodrębnić, rozpoznać pierwiastek jako czynnik sprawczy tworzenia - postęp, konieczność postępu! Postęp, często  fetyszyzowany, wyolbrzymiany ale piękny (Majakowski), głoszony programowo ale i zakryty poprawnościami dobrego tonu, sceptycyzmem, niemniej stale obecny. Wreszcie owoce, dzieła jakie wydała formacja twórczej lewicy, (w znaczeniu artystów należących do partii lewicowych z komunistyczną na czele oraz ich bezpartyjnymi artystami sympatykami), są nie do zakwestionowania mimo zmiennych koniunktur politycznych. Są dziełami i arcydziełami zaliczonymi trwale do dorobku humanizmu. Emblematycznym przykładem niech będzie Picasso.

    Wystawa w Zachęcie wszystko to odważnie i nowatorsko (uwaga, znów pojęcie z repertuaru lewicy) unaocznia i w tym jest jej wielkie znaczenie i zasługa.

   Dziś w Polsce, w doktrynie państwowej (gdyby taka została sformułowana w najwyższym dokumencie) komunizm został zrównany z hitlerowskim nazizmem, faszyzmem. Utopia ze zbrodnią. Jego upowszechnianie, popularyzowanie, gloryfikowanie, badanie, jest prawnie zakazane. Wizerunek Marksa jest zakazany. No i co tu zrobić? Jak żyć z takim zakazem w sztuce?

Jak żyć w ogóle w zakazie, jak w raju?

                                        Andrzej Skoczylas   

17:59, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 maja 2018
pomniki cd.

    W tym numerze Sztuki, który opublikowałem w 2005 roku, IV strona okładki wyglądała jak poniżej: reprodukcja Kwadrygi z Apollinem Adama Myjaka na Teatrze Wielkim (z 2002 r.) i Jerzego Kaliny Wieża świątecznych ciśnień, refleks luwrowskiej Piramidy Ming Peia, pokazana przed Zachętą w 1997r., trzynaście lat temu znajdująca się jeszcze w okolicach radzymińskiej Coca Coli. Dziś nie wiadomo co się z nią stało, czy uległa pełnej destrukcji i pozostało po niej tylko wspomnienie? Nie wiem.

   Wiem, że Kalina postawił pomnik smoleński. Nie ukończony, jak mówi, czyli będzie ciąg dalszy, co daje jakąś nadzieję. Przywołuję ten obrazek jako pretekst dla przypomnienia, powtórzenia kilku prawd:

- pomnik (dziękczynienia? pamięci? - nie zdefiniowane do końca) ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem powstał jako wynik pewnej idei

- jest to pomnik wszystkich ofiar katastrofy, ale... Decyzją Sponsora (to znaczy Siły nie tylko spersonalizowanej ale państwa, instytucji, systemu) ofiara prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie jest równa innym w obliczu śmierci. Jest osobna i wielka ze swej definicji, że to On. Nie jest ofiarą tylko Nadofiarą, dlatego upostaciowiony ma być w pomniku odrębnym (tak jak pochowany, decyzją Sponsora, mógł być tylko "wśród królów", na Wawelu)

- kształt plastyczny idei pomników (tzn. co wolno a czego nie wolno wyobrazić) kazał nadać Sponsor

- pomniki zaistniały materialnie na placu Piłsudskiego w Warszawie decyzją Sponsora i nikogo więcej

- pomnik smoleński, "wykonał" zwyczajowo artysta o pewnym dorobku, Jerzy Kalina, ale mógł go wykonać, bez uszczerbku na jego ostatecznym wyrazie i sensie, każdy śmiertelnik

- nieprawda, jak twierdzi Kalina w Newsweeku, że jego projekt zwyciężył w konkursie. To nie był konkurs, to nie był projekt, to nie było zwycięstwo (tu byłyby konieczne dłuższe odsyłacze; że nie sposób  nazywać konkursem niejawną inicjatywę społeczną, werdykt w kilkuosobowym gronie anonimów, współwyznawców itp. to samo z "projektem", "zwycięstwem")

- wygląd "projektu smoleńskiego" stworzył artysta tylko dla konkretnego miejsca i otoczenia, w tym wypadku skweru przy ulicy Karowej (uprzednio splantowanego).  W innym miejscu - na placu Piłsudskiego czy na polu np. pod Świebodzinem - sam się niejako unieważnia. Autor akceptujący mechaniczne przeniesienie swego dzieła gdziekolwiek, udowadnia, że to nie jest dzieło.

- pomnik w aktualnym kształcie powstał przy sprzeciwie wielu obywateli i autorytetów, w wyniku bezprecedensowego łamania obowiązujących norm i zasad formalnych, administracyjnych, kompetencyjnych, itd.

   Niezależnie od powyższych uwag i prawd sądzę, że forma pomnika smoleńskiego nie uchybia normom estetycznym (jakim jest np kicz), zawodowi artysty plastyka, który przy nim pracował, ogólnie pojętej kulturze. Nie neguję też warsztatowej jakości pomnika. A to już czysto subiektywne odczucie - jest on błahy i paradoksalnie, n i e  z n a c z ą c y. Jak Wieża świątecznych ciśnień. Tyle że, "dzięki" Sponsorowi, będzie już z nami na zawsze

 

                                                   Andrzej Skoczylas

 

 

 

 

 

 

 

13:28, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 kwietnia 2018
Szok!

      W przeddzień "ostatniej" miesięcznicy, 9. kwietnia Paweł Althamer na chwilę, jak doniosła prasa, wystawił przed Pałacem Prezydenckim swoją wersję pomnika smoleńskiego.               Lecha Kaczyńskiego.

      Nie wchodząc w intencje autora wypowiadane na żywo (brzoza z borów tucholskich, żrenice itd) jego obiekt - kloc, o wysokości ok 2 metrów, ustawiony w "strefie zero" na Krakowskim Przedmieściu, byłby wstrząsem we wszystkich wymiarach. BYŁBY. Nigdy nie dadzą go zrealizować. Althamerowi to dzieło daje przynależność do elity nazwisk - emblematów światowej sztuki - Josepha Beuysa, Mauricio Cattelana, Zbigniewa Libery...

 


MAURICIO CATTELAN                                                                            La Nona Ora, 1999

 

 MAURICIO CATTELAN              HIM. Hitler modlący się na terenie warszawskiego getta.

                                                                                                        Ulica Próżna 14

 



 

 ZBIGNIEW LIBERA                                    Lego. Obóz koncentracyjny, 1999



      Jeśli chodzi o ten pomnik, Althamera, to jest w nim zawarta cała prawda i jeszcze dużo, dużo więcej...

 

                                                   Andrzej Skoczylas

11:03, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Etos, artysta, agora - Precz!

 

   Budujemy teraz, dziś, pomniki...

   Kto buduje?

   Co sprawia, że powstają, rosną i nie można temu zapobiec, przestrzec. Apelować do opamiętania. W tych zapiskach z pozycji bezsilnego obserwatora mogę jedynie zauważać samo dzianie się, proces materializowania się idei, wywołujący nieodwracalne skutki.

   Istnieje coś takiego jak etos artysty. Pojęcie nieco omszałe z powodu umiarkowanego używania z powodu burzliwych przemian w sztuce, lecz mimo wszystko, czasem warto do niego sięgnąć by choć na chwilę stanąć na trwałym gruncie.

   Pomniki na świecie projektują i realizują artyści. Nieprawda! W  Warszawie,  stolicy kraju należącego do cywilizacji łacińskiej i szczycącego się tą przynależnością, pomniki powstają w wyniku siły. Autorem, w gruncie rzeczy jest napór, presja,siła. Bezpostaciowa, anonimowa, łamiąca wszelkie bariery a rozpoznawalna. Wiadoma.

   Artystę się rozlicza, jego dzieło się ocenia. W etosie artysty naczelne to; odpowiedzialność za kształt dzieła, jego nienaruszalność, integralność, swoboda tworzenia. Na placu Piłsudskiego wszystko to jest obce, zbędne - nie ma artysty to i nie ma  etosu, (jedyny artysta o znanym nazwisku jaki tu się pojawił, sam się unieważnił bezprzykładną usługowością), zasad wypracowanych przez stulecia, szacunku dla wartości historycznych miejsca, (patrz: unieważnienie, pogarda wręcz ze strony siły sprawczej dla funkcji konserwatora jako opiekuna zabytków, strażnika ich "świętości"). Wszystko to dzieje się...co godzina, co miesięcznica. Do oddania cokołu, do magicznej daty itd. W  imię czego?

   W ogólnym planie, chyba dla zawładnięcia bez reszty zbiorową wyobraźnią Polaków w celu władania, kierowania nią, stale, w permanencji. Bez zgubnych antraktów (zmiana władzy - jak uczy historia), w trakcie których może się wślizgnąć wróg. W imię SŁUSZNOŚCI, której depozytariuszem jest obecna władza. Stąd kreowanie symboli, pomników, ich wielka, misyjna rola w edukacji narodu. Może wreszcie, w metafizycznej  perspektywie rysuje się nieśmiertelność?


Wzory są...                                                          źródło Wikipedia                                                                               

" nie ma tak, żeby nie mógł powstać jeszcze lepszy pomnik " 

     - Absolutnie suszny, jak mówi Prezes.


                                           ***


   Agora to przestrzeń wspólna demokracji ateńskiej. Fundamentalne odniesienie naszej cywilizacji: mitycznej, filozoficznej, historycznej, politycznej. Bohdan Pniewski, wielki nasz architekt, artysta, projektując i realizując budowę gmachów polskiego sejmu, nie przewidział, do głowy by mu nie przyszło, by opasać je ogrodzeniem. Byłby to zgrzyt, ale przede wszystkim cios w ideę agory jako powszechnie dostępnego miejsca demokratycznego dyskursu, przenikania obywatela i władzy. Dziejowa siła w swej słynnej mądrości płynącej Nowogrodzkiej z takim drobiazgiem sobie poradzi, bo udowadnia  stale, że grodzić umie. Właśnie przystępuje do wznoszenia pancernego parkanu wokół sejmu, by odgrodzić się na dobre. Od kogo? Od suwerena? Kanalii? Nie ważne, zawsze przecież można podłączyć te parę volt, będzie jeszcze bezpieczniej. Bezpieczeństwo narodu nade wszystko, przecież! Ale czemu nie prapolska palisada z wilczymi dołami (dla totalnej opozycji jak znalazł). Prawdziwy suweren się zachwyci, wzmoże podziw...

    A jednak ktoś tu się boi, i to coraz bardziej...

                                             Andrzej Skoczylas

 

17:34, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 marca 2018
Pomnik...

dziejowe niedopatrzenie - dlaczego nie mauzoleum?!

   Mamy do czynienia z wydarzeniem bez precedensu w polskiej historii, w tym oczywiście najnowszej. Oto staje się się na naszych oczach, tu i teraz, uruchomiony z niespotykaną dotąd i ciągle wzbierającą silą proces budowy (nazwijmy roboczo) pomników smoleńskich, (alei pomników?) a w istocie POMNIKA na miarę...kogo? Jak będzie wyglądał ten boski, bo przecież nie ludzki, zwykły kształt?

   Dotąd znaliśmy procedury budowy pomników według reguł znanych od dziesięcioleci, oswojonych, cywilizowanych bym powiedział, czyli według schematu z przeszłości: pomysł - wyłonienie autora, artysty - realizacja. Dziś w Warszawie doznajemy rewolucji w tej sferze. Osiem lat temu rodzi się pomysł - idea przepoczwarzająca się z każdym miesiącem i rokiem w wszechogarniającą, totalną presję budowy pomnika, postawienia go, która z kolei z każdym dniem, z każdą chwilą staje w materialną realizacją. Po kawałku.

Nie wiemy w gruncie rzeczy co powstaje. Nie wiemy jaki kształt będzie to miało... Potworna siła miażdżąca wszelkie przeszkody: - lokalizacyjne, urbanistyczne, kulturowe, prawne, stawiająca zaczyn pomników w centrum państwa, w miejscu centrum centrów stolicy jakim jest przestrzeń placu Saskiego, Zwycięstwa, Piłsudskiego, nazywa się po prostu rewolucją. Nie ma innej nazwy dla tego ciągu wydarzeń.

   Siła łamiąca wszelkie normy i konwencje w celu postawienia tworu wyobrażającego, co? Wielkość? Żal? Potęgę? To trochę tak jak dążenie do zmaterializowania...fatum. Ale ta siła wzmożenia napiera, trwa i posuwa się dalej, wytwarza nieodwracalne skutki w wypełnianiu przestrzeni, niestety nie tylko metaforycznej lecz fizycznej, jak zawalidrogi, zaśmiecanie widoków, destrukcja zabytków...

   Śmieszne wydają mi się poprzednie moje wpisy na blogu dotyczące pomnika, bo oparte były na naiwnym przekonaniu, że jeśli powstaje w przestrzeni miejskiej pomnik to poprzedzony jest on, w zależności od rangi, konkursami, debatami zaangażowaniem największych twórców, artystów, z których pracy dopiero może powstać dzieło (według dotychczasowego porządku). Nieprawda. Może być dobra zmiana. Teraz powstaje coś trwałego na cokole, cokołach (koniecznie na wywyższeniach), jako wynik rewolucji poza prawami i prawidłami, poza trybem. Coś co jeszcze nie wiemy jak będziemy nazywać.

   Sile sprawczej (anonimowej, jak wiemy przecież), może przez czysty przypadek, nikt nie podsunął dotąd pomysłu, na przykład budowy zamiast osławionego pomnika - mauzoleum. Tamerlan i kilku innych, przecież tego dokonali ku wiecznej chwale potomnych. A co, czy nie możemy ich przewyższyć? Czy są wrogowie naszej idei, których nie dałoby się pokonać? Kto wie? 

                                       Andrzej Skoczylas 

00:01, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 lutego 2018
Pomnik? Posąg? Nie, Cokół!

                                        ...pomnik, na którym już nikt nie stoi...

                                                                      Bułat Okudżawa 

   Wiemy dziś - pomnik śp. Lecha Kaczyńskiego nie stanie TU, na Krakowskim Przedmieściu w ósmą rocznicę katastrofy, jak uroczyście zaordynował, zaprzysiągł to Narodowi Naczelnik jeszcze jesienią ubiegłego roku. Nie dotrzymał słowa. A tak byłem pewien, że stanie się jak zapowiedział, że uknułem przepowiednię (patrz wzmianki o A. Pityńskim w poprzednich blogach), która wzięła w łeb. Dobrze to czy źle? Zależy...

   Otóż NIEOMYLNY popełnił omyłkę przeszacowując swoją decyzyjność. On chce tego pomnika, jestem przekonany, tyle że nie wie, jaki ten pomnik ma być! Stąd zwlekanie, niedotrzymywanie terminów, zgoda na organizowanie idiotycznych konkursów, które wygrywają jakieś anonimy żeby nie wygrać itd. Prezes nie wie czy jego pomnik ma być niebotyczną statuą (którą wykpiwałem) alegorią, heroiczną batalistyką pomnikiem realistycznym "jak żywy", posągiem, jedno co wiem na pewno - Postacią, Monumentem, Wielkością. 

    Wydawało mi się, że Prezes skłania się ku posągowi. Ale tkwi tu pewne ale...do postawienia posągu konieczna jest posągowość pierwowzoru. Gdy jej nie ma a lansuje się ją na siłę, dzieje się coś przeciwnego, "i straszno i śmieszno" raczej. Potrzebne są tu cechy zewnętrzne postaci, charakterystyczność nadającą się do uogólnienia w posągowość właśnie. Miał ją Paderewski, Daszyński, Piłsudski. Nie ma jej każdy...

   Jest w Polsce przynajmniej kilku najwyższej klasy rzeźbiarzy. Nie sądzę jednak, by przy tak niebotycznych kryteriach ustanowionych w imaginacji Naczelnika, ktokolwiek z nich chciał i mógł podjąć się, (i sprostać !) jego oczekiwaniom. Może jakiś współczesny Michał Anioł, ale wątpię.

   Tak zwany konkurs wyłonił wizję:- kroczącego chodnikiem korpulentnego pana w dopiętym na wszystkie guziki garniturku w bucikach z Chełmka czy od Kielmana. Najwyższe Zalecenie na razie brzmiało: Na cokół to!

   W czasie sobotniej miesięcznicy Prezes obwieścił - w ósmą rocznicę Smoleńska na pewno stanie COKÓŁ. Prezes się waha, liczy na moce nadprzyrodzone chyba - 11 listopada cokół się WYPEŁNI. Stanie na nim...Zanućmy może Okudżawę.

                                                    Andrzej Skoczylas        

11:49, rouge.noir , kultura
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 grudnia 2017
Postanowiłem,

ot, oderwać się od wszystkiego w czasie Świąt i pojechać do Kazimierza. W spokoju, bez opłatków, kolęd i znajomych pobyć parę dni. Cel, spacer i lektura zaległych pozycji. Nie byłem tu od dobrych dwudziestu paru lat, nie tak jak kiedyś, często. Wybór, legendarny SARP - Dom Pracy Twórczej. W efekcie z lektury zero. W komfortowym pokoju ogarek pod sufitem sygnalizuje, że nie przewiduje się, nie zna się w domu pracy twórczej czynności czytania. Zamiast plazma - TVP Info, Telewizja TRWAM plus trzy kanały seriali. Dziękuję. Do widzenia bracia architekci..

Spacer w dżdżystym wyludnionym, zamkniętym na cztery spusty Kazimierzu 2017 zjawiskowy. Bezwiednie porównuję to miasteczko z tym sprzed lat i najsilniejsze wrażenie to w y m u s k a n i e. Domów, opłotków, zaułków, dróżek, wałów, chodników. I świeże tynki "zabytków" i zabytków, willi, pensjonatów i "wolnych pokojów". Lojalnie, wszędzie widoczne inseraty, - "Dofinansowane ze środków Unii Europejskiej". Szlaki, synagoga (za moich czasów kino), bajgele, cmentarz, miejsce martyrologii Żydów kazimierskich. I o dziwo, nie wymazany ze szlaków turystycznych cmentarz żołnierzy radzieckich.

Galerie. Więcej niż połowa lokali użytkowych w Kazimierzu to galerie! Jakie? A jakie mogą być? Jezus, Maria! Od czasów międzywojnia Kazimierz odkryty przez Tadeusza Pruszkowskiego i jego szkołę oraz "łukaszowców" jako malownicze miejsce plenerów, stał się malowniczy na dobre(?). Odtąd przykrywa go w sezonie, a sezon trwa a trwa całe lata zdumiewająco trwale, gruba warstwa, hm...malarzy. Ja pamiętam Kmitę, jako uosobienie dostarczyciela dzieł sztuki "ręcznie malowanych" dla ogłupiałych turystów w cenach niewygórowanych, obiadu w tutejszym barze mlecznym. Dziś chałupinka przy Lubelskiej, oczywiście mieszcząca galerię KMITA, przyozdobiona jest na wieki ogromnymi kamiennymi stelami nagrobnymi wyobrażającymi mistrza (z gitarą pod pachą) i chyba jego połowicę. Dzieło na miarę kaplicy Medyceuszy, no, może trochę za daleko ale konkurujące dość skutecznie, choćby z  renesansową kamienicą św. Mikołaja przy rynku.


Nie porozmawiałem z "galerzystami", bo święte Święta. Nie zajrzałem do Muzeum Nadwiślańskiego (UE itd.) chlubiącego się Kmitą w swych zbiorach. Niestety. Nie porozmawiałem z moimi kolegami z Akademii, którzy zajęli się tu biznesem a la Kmita i trzęśli rynkiem, Jasiem Łazorkiem, uroczym Wojtkiem Kosowskim, bo już nie żyją...

Wsiadłem w swoją alfę z przepaloną żarówką reflektora, z nadzieją, że w drodze do Warszawy w jakimś serwisie mi to naprawią. Ale gdzież tam, wszystko zamknięte. Święta.

                                         Andrzej Skoczylas      

10:44, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 listopada 2017
Nie mam nic przeciwko...

Andrzejowi Pityńskiemu (patrz wpis poprzedni). Mam natomiast pewność, że uhonorowanie go Orłem Białym za jakość artystyczną (w domyśle najwyższą) jego prac, jest obłędnym nadużyciem.

Pochowanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu stało się bezprecedensowym aktem wyniesienia ponad wszelkie miary. Protest Andrzeja Wajdy, wobec tego wydarzenia jako wyrazu bezgranicznej pychy nie stracił nic ze swej trafności oceny i...aktualności.

Wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu, że w zasięgu jego wzroku podczas miesięcznic, za pół roku stanie tu pomnik. TU! A właściwie STATUA. Na miarę Wawelu. Tuszę, że jej wykonawcą będzie A.Pityński, bo nie ma na świecie innego prapolskiego rzeźbiarza,"profesora ze Stanów" który napatrzył się na Statuę Wolności (96 metrów wysokości z cokołem) i nosi przy okazji na piersi Orła Białego.

Tablica upamiętniająca znajduje się na Pałacu Namiestnikowskim od dawna, powinna więc wypełniać swą funkcję wystarczająco. Tak, ale...nie o to chodzi. Swą skromnością, dla Prezesa Tysiąclecia jest wyzwaniem, wręcz profanacją wielkości Brata. TU wielkość musi mówić sama z siebie. I oczywiście, nie dla siebie. Pomnik, upamiętnienie, to dobre dla zwykłych ludzi.

    TU stanie POMNIK! STATUA! Zobaczymy.  

                                            Andrzej Skoczylas

22:29, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 listopada 2017
J.

Od miesiąca nie ma J. Wiem, że nie ma sensu ciągnąć tego bloga gdy jej nie ma, ale pozostały odruchy...

Odruch: - wczoraj prezydent Duda odznaczył orderem Orła,Białego, a więc wyżej już nie można, rzeźbiarza (?), "profesora ze Stanów", Andrzeja Pityńskiego. Prymitywny wytwórca kiczów nazywanych pomnikami - zdarza się, wcale nie rzadko - może i dziś być wielbiony, byleby na kolanach wyobraził świetlaną postać, np. Jana Pawła.

Jestem pewien, że za pół roku okaże się, że autorem pomnika Prezydenta Tysiąclecia jest A. Pityński.

Jestem więcej niż pewien, że tak już postanowił Naczelnik.

Do wykonania dzieła nie może być powołany byle kto, jakiś bazarowy świątkarz, tylko mistrz nad mistrze, opatrzony, na wszelki wypadek, certyfikatem najwyższej doskonałości  Stąd Orzeł Biały itd.

                                                     Andrzej Skoczylas 

18:18, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2017
Szklany sufit ?

                                                                                                                                                                                                            

      Znam Grzegorza Kowalskiego, ściślej, obserwuję jego działalność artystyczną od ponad pięćdziesięciu lat.

      Osiągnął sukces bez precedensu w polskiej sztuce aktualnej. Uczeń Jarnuszkiewicza i Hansena, sam profesor na warszawskiej ASP, stworzył KOWALNIĘ - unikalną instytucję wspólnotowo-pedagogiczną, zarazem metodę kreowania obecności w świecie sztuki. Jakkolwiek dyskusyjnie brzmiałaby istota tej metody i jej niekonkretność, faktem jest, że samo zaistnienie Kowalni jako pojęcia w naszej rzeczywistości artystycznej, wpływ jaki wywarła na cały układ artystyczny w Polsce, jest miarą jej sukcesu i tryumfu. Nazwiska Kozyry, Althamera, Żmijewskiego, Markiewicza, oraz pokrewnych: Libery, Rajkowskiej, Uklańskiego (cóż, że to dziś celebryci) to tylko szpica falangi, która rozbiła w pył zastygły świat naszej sztuki współczesnej, pokazała bezsens i anachronizm systemu szkolnictwa artystycznego panującego wciąż u nas, ale to temat na inną okazję. Po zaistnieniu na przełomie XX i XXI wieku Kowalni, nic już nie będzie w naszej sztuce takie samo.

      I oto czytam rozmowę z Grzegorzem Kowalskim, z której dowiaduję się, że... odchodzi. Osiągnął wiek? Emerytura? Znużenie?

      "(...) Co będzie pan robił na emeryturze?

- Będę sobie malował obrazki.(...) Ale na starość największą przyjemność niesie mi właśnie malowanie.(...) A malując, jestem sam wobec obrazu, czyli wytworu moich rąk, umysłu czy stanu ducha. Wszystko zależne jest ode mnie: kiedy usiądę do pracy, jak rozrobię farbkę, jak ją nałożę.(...)

      Czuje się pan zmęczony?

(...) Nie rzucam się już z dawnym entuzjazmem na pomysły, które przynoszą studenci. Oni powinni wnosić nowe idee do pracowni, a ja dziś często patrzę na to, z czym przychodzą, i myślę sobie, że to już przecież  było.(...)

                                                                                                                    

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                                           

 

 

   dr. K. (2014.)     A. Skoczylas                       Marie (1910.)     Kees van Dongen 1877-1968 

    

      Uważam van Dongena za jednego z największych malarzy. Podoba mi się bardzo klamra: urodził się w Delft, umarł w Monte Carlo. Lubię z nim "rozmawiać", zwłaszcza teraz. Dlatego rozumiem chyba Grzegorza Kowalskiego, który - nieważne czy uderzył głową w szklany sufit czy nie - mówi:- Wszystko zależne jest ode mnie: kiedy usiądę do pracy, jak rozrobię  farbkę, jak ją nałożę... 

                                                   Andrzej Skoczylas

22:07, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lutego 2017
W

Wysokich Obcasach rozmowa z sędziwą artystką (ur.1930) Wandą Czełkowską. Właśnie odbyła się w warszawskiej Królikarni wystawa jej prac. Mówi o sobie rzeźbiarz - nie rzeźbiarka. Jej biografia artystyczna, mniej czy bardziej bogata, lepiej czy gorzej opracowana przez specjalistów, fachowców czy też wszystkich chętnych, schodzi na dalszy plan, wobec najważniejszego przekazu, przesłania artystki - rzeźbiarza, a jest nim: 

      - "Bezwzględne wyeliminowanie rzeźby jako pojęcia kształtu"

         oraz                                       

      - "W moim pojęciu przestrzeń jest istotą sztuki. Nie coś w przestrzeni, ale ona sama wraz ze wszystkim, co w niej"

Czytelnik może, ale wcale nie musi zetknąć się oko w oko z dziełem artysty, wytworem jego jaźni, by je w pełni "skonsumować". I to bez uszczerbku, bez uszczuplenia przekazu, bez zniekształcenia jego istoty. Dlatego odnoszę się do twórczości Wandy Czełkowskiej, tak jak wcześniej do problemu Bauman/Bałka. Pytanie, czy o to chodzi w sztuce i co to jest dzieło sztuki A.D. 2017 pozostaje otwarte i jest jedynym pewnikiem jakim dysponujemy.

Wanda Czełkowska jest zacnym i zasłużonym rzeźbiarzem. Nie lepszym i nie gorszym, sądząc po jej dziele, (czyli mającym konkretny zarys w przestrzeni), niż ogromnie sławna kiedyś Alina Ślesińska, zmarła w 1994.("wyparta", jak piszą specjaliści historycy sztuki), podobnie jak Magdalena Więcek-Wnukowa, zmarła w 2008 r., jak Barbara Zbrożyna, zmarła w 1995. by pozostać tylko w kręgu przywołanego, pokoleniowego urodzaju polskich wybitnych rzeźbiarek.

Była członkiem sławnej drugiej Grupy Krakowskiej  Obok Sterna. Obok Kantora. Obok Rosenstein. Niekwestionowanym faktem jest to, że siedziała na zebraniach Grupy. Ten fakt musi wystarczyć światu za wszystko. Analogicznie jak wola artystki - rzeźbiarza wyeliminowania rzeźby z przestrzeni jako jej istoty. 

                                                        Andrzej Skoczylas 

                                                                     

13:02, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lutego 2017
"Wybuch kultury,

      ekonomii" itd nastąpi, gdy zapanuje... Narodowe Państwo CZŁOWIEKA WOLNOŚCI Jarosława Kaczyńskiego.

      Te i inne słowa laureata tytułu Człowieka Wolności o  w y s p i e  wśród obcych,- albo pogrążonych w zgubnym kryzysie, jak Zachód, zmierzający ku zagładzie z powodu poprawności politycznej, lub jak Wschód i inne strony świata, o których nie ma nawet co wspominać, tak są gorszego sortu - pokazują jedynie kierunek do raju na ziemi, który osiągniemy gdy tylko zaufamy  Wielkiemu Językoznawcy.

       Polak, jak nikt inny na świecie - głosi Wielki Przewodnik - "predystynowany" do życia w wolności, może się zrealizować t y l k o  na wyspie wolności, której kształt wyznaczy i wskaże Człowiek Wolności (może być Człowiek Stulecia, Tysiąclecia itd.itp).

        Wolność jest klasyczną, międloną dziś na wszystkie sposoby p o s t p r a w d ą.      -  Ja drugoj takoj strany nie znaju gdie tak wolno dyszyt czieławiek  przypominają się spiżowe frazy. Chodzi o to, by wprowadzić w nie żywą treść, krew, a staną się jedynymi, niezbitymi prawdami wolności..A prawdy te, które niestrudzenie, niemal codziennie rzuca z różnych trybun pod adresem kolejnych swych wrogów Wielki Przewodniczący, (a które ludzie małej wiary nazywają epitetami), są naszym chlebem powszednim. Powiem tyle, że nie ma obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, jeśli tylko ma uszy do słuchania, który nie zostałby zaszczycony choć jedną z takich p o s t p r a w d  skierowanych wprost do niego. A Jarosław Polskę Zbaw - Zbawiciel, rzuca je przed każdą walką, przed każdą bitwą i wygrywa, wciąż wygrywa!

      Człowiek Wolności wymaga jedynie od swego  narodu UFNOŚCI! Pełnej, bez mędrkowania, rozszczepiania włosa na czworo... Ufności i wiary, że władza, dla której ON żyje, jest po to tylko, by Narodowi było dobrze!. Kult? Może być ale nie musi. Ostatecznie nikt nie może nikomu zabraniać miłości do Wielkiego Przywódcy, byłoby to przecież łamaniem demokracji, a tej trzeba strzec jak źrenicy oka.

      Padanie na twarz przed Wodzem? Też, nikt nikomu nie powinien  tego zabraniać. Wystarczy zresztą popatrzeć jak w tym padaniu, bezbrzeżnie i z jakim samozachwytem realizują się żołnierze Dobrej Zmiany - sasiny, karczewskie, dudy, pawłowicze, brudzińskie i tylu, tylu innych. Jak można pozbawiać ich tej rozkoszy?

      Chorąży Pokoju ma władzę. Wydawałoby się że zdobył wszystko, czas odpocząć. Nic bardziej mylnego! Tak może uważać wymóżdżona opozycja, lemingi, cykliści i emerytowani jajogłowi w futrach. Którzy zresztą, wszyscy razem, nie zauważyli, bagatelka, że 25 października 2015 zmienił się ustrój "w tym kraju", że wszystko przewalone zostało do góry nogami!

      Władza jest sensem życia pana K. i nie zna on stanu zaspokojenia!. Naczelnik to dobrze wie, ma w małym palcu. Korzysta z klasyków; - walka zaostrza się w miarę (naszych) sukcesów, wrogów wciąż przybywa, trzeba unikać zawrotu głowy od sukcesów, permanentna rewolucja (gotowość do czynu i ofiary, wymiennie - Bóg, Honor, Ojczyzna) jest stanem obiektywnym, w najwyższym stopniu pożądanym i...  stałym!. I to się już STAŁO - żadna kartka wyborcza niczego tu i nie zmieni. Bo zresztą po co, skoro lada chwila nastąpi wybuch kultury!

      Wybuch kultury? Da się to policzyć, ogarnąć? W  i d e a l n y c h  systemach wybuchali i Albert Speer i Sergiusz Eisenstein, i Leni Riefenstahl i Władimir Pudowkin... Tyle że... te wybuchy skończyły się wraz z Demiurgami i nazwane zostały hańbą. Co nie zmienia faktu, że ocierały się o arcydzielność i przeszły do dziedzictwa ludzkości.Taka dialektyka... Czyżby to był prawdziwy cel Słoneczka Narodu? Może więc warto za nim iść i słuchać się? Słuchać i basta!

                                                                           Andrzej Skoczylas

20:29, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2017
Chwila

jest dobra dla uzmysłowienia sobie kilku spraw.

      Umarł Zygmunt Bauman. Socjolog i filozof, chluba polskiej humanistyki, postać o ugruntowanej światowej renomie, którego dzieło, stało się niezbędne dla tłumaczenia procesów i zjawisk społecznych zachodzących we współczesności. Chylę czoło przed jego wielkością w obliczu śmierci i zasługami dla naszej kultury.

      W blogu Szuka pro kontra, który służy komentowaniu aktualnych zjawisk artystycznych, kilkakrotnie pada hasło - BAUMAN. Dziś, wymaga choćby paru słów dodania.

      W sztukach wizualnych, w ogóle w obszarze sztuki współczesnej, czynnik interpretacji, komentarza, stanowi w przytłaczającej liczbie przypadków o wszystkim. Autorytet filozofa, myśliciela staje się w tej sytuacji czymś nad wyraz pożądanym, wręcz koniecznym do zaanektowania, by dzieło sztuki, kreacja, mogło w ogóle powstać. Bez SŁOWA, mamy w jakże wielu przypadkach enigmę, nieistnienie. I to jeszcze zamiast dzieła sztuki w rozumieniu tradycyjnym! W sztuce pojęciowej, konceptualnej, absolutnym KREATOREM jest Autor, ale jakże często niepewny swych racji, poruszający się po omacku, wymagający przewodnika-pośrednika, MYŚLICIELA!

      Weźmy przykład terminu artysta malarz, artysta rzeźbiarz. Jakże ubogo dziś brzmią bez kontekstu filozoficznego - anachronicznie, żałośnie, nie z tego świata!

      Przywoływany przeze mnie profesor Zygmunt Bauman objaśnia i wykazuje dobitnie, (zob. blog BAUMAN/BAŁKA) że dzieło sztuki (termin wzięty z tradycji) nie musi być przedmiotowe, materialne, by być, (jeszcze umownie, pozostać) w kategorii dzieła sztuki plastycznej (termin też tylko z pochodzenia, bo mówi już o czymś innym). Natomiast cytowane przeze mnie słowa i myśli filozofa służą jedynie ukazaniu aury wokół dzieła sztuki in statu nascendi. I niczemu więcej, za to z całym swym "zaprogramowanym" zwątpieniem.

      Sam Profesor udowadnia, że można być, tak jak on (urodzić się) pozbawionym wrażliwości na kolor i kształt (nie umieć odróżnić prawdy obrazu od kiczu, tak jak bywa się pozbawionym słuchu muzycznego) i zarazem być wybitnym filozofem, twórczym teoretykiem, przenikliwym badaczem stanów świadomości społecznej... Taki jest fakt! I znak czasu.

      Mirosław Bałka jest być może artystą wybitnym  ale nie jest artystą rzeźbiarzem! Może nie chce, może nie potrafi, to nie jest istotne, ale nie rzeźbi! Wie natomiast na pewno (czuje?), że jego dziełu, pracy, brakuje dopełnienia, świadectwa, bez którego nie może ono zaistnieć. Prosi więc i angażuje Profesora do debaty o swym projekcie artystycznym, bo tylko w jej wyniku nabiera on "materialności" i sensu. Dostaje placet, na istnienie, od autorytetu! I dopiero wtedy może zacząć funkcjonować w obiegu społecznym jako znak, hasło.Takie też są fakty!

      Po zdestruowaniu przedmiotowości dzieła sztuki, w znaczeniu tradycyjnym, i zastąpieniu go przekazem, logicznym jest przeniesienie uwagi i ciężaru rozważań (po rezygnacji ze środków budowania dzieła, jak pędzel, dłuto), na inną realność, sygnału o dziele, na informację o fantomie, ze swej istoty niematerialnym.

      Dlatego artysta sztuk wizualnych dziś, chcąc odnieść sukces, musi opanować w jak najwyższym stopniu umiejętności menedżerskie. Management. Wchodzą w ich zakres działania; od skompletowania warsztatu, przygotowania audytorium, rozpoznania terenu, języka, mobilizacji środków i ich planowania, przez opanowanie marketingu, piaru, "pracy z ludźmi", tajemnic kreowania wizerunku, marki, do wiedzy o prezencji produktu, sposobach jego prezentacji i wszelakich technikach komunikacji. A nie wyczerpuje to nawet części katalogu atrybutów, które są konieczne do zapanowania na rynku, zawładnięcia odbiorcą, co jest również kardynalnym celem komunikatu artystycznego.

      Po przejściu tej fazy formowania języka przekazu, (do czego żadne Akadamie sztuk pięknych nie potrzebne a przeciwnie, są tylko kulą u nogi), dopiero można rozejrzeć się, zastanowić, co by tu wziąć na warsztat, dodać do skarbnicy...

      Artysta malarz, artysta rzeźbiarz to zaścianek. I nie ma odwrotu.

                                                             Andrzej Skoczylas

PS. Charakterystyczne, z całego polskiego świata sztuki nekrologi Zygmuntowi Baumanowi poświęcili jedynie intelektualiści od kropki w przestrzeni, prof.prof. Mirosław Bałka, Jarosław Kozłowski, Marcin Berdyszak.     a.s.  

     

17:36, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2016
Dlaczego?

   mój cicer cum caule, czyli groch z kapustą na koniec roku, może być? Może. A więc, dlaczego?

   Dlaczego wicepremier, minister kultury Piotr Gliński tak pokracznie i ślamazarnie realizuje wytyczne Naczelnika, ze słynnego forum w Krynicy, o zainicjowanej w ramach dobrej zmiany KONTRREWOLUCJI KULTUROWEJ?

   Widzimy jakieś nieudolne szamotaniny z protestującymi aktorami i repertuarami teatrów, niedowarzonymi nominacjami - odwołaniami dyrektorów, łączeniem - likwidacją muzeów II wojny i Westerplatte, okiełznywaniem - pozbawianiem środków organizacji pozarządowych i instytucji kultury bez wyznaczenia im nowych, patriotycznie ugruntowanych ról - to tak wygląda KONTRREWOLUCJA?

   Jeśli minister Gliński nie potrafi (choć z drugiej strony dał się poznać jako wspaniały krzykacz - agitator z okazji grudniowych "akcji" pod pałacem prezydenckim), niech bierze przykład z Antoniego Mistral - Macierewicza, by nie sięgać dalej, po dokonania towarzysza Mao. Na samym wychwalaniu filmów "Smoleńsk" czy "Roja" daleko nie ujedzie, podobnie jak na zakupie "Damy z łasiczką". A może by tak, przy okazji, kupił do zbiorów narodowych...Wawel? Przecież pozostaje on jak dotąd, w rękach prywatnych. (Zgadnij w czyich?)

   Zdziwiły mnie - przyznaję - trwożne pytania, prominentnego członka układu -  mafii rządzącej polską sztuką współczesną, (którą zdemaskowała Monika Małkowska, nagrodzona za to przez ministra Glińskiego funkcją eksperta, doradcy MKiDN)

      -  czy nie ma już w Polsce artystów, by mogli nas reprezentować na Biennale w Wenecji?

     Czy daliśmy się artystycznie skolonizować?

   Pytania takie byłyby naturalne w codziennym repertuarze i wykrzykiwane w  młócce o patriotyczne wartości i tożsamość narodową, przez np panów Jana Pietrzaka czy Marcina Wolskiego, ale stawiane przez Prominentnego przedstawiciela łże elit, mafii? Co za zbieżność intencji?! O co tu chodzi?

   Udałem się więc do Fundacji Galerii Foksal, by naocznie zgłębić walory sztuki Sharon Lockhart, triumfatorki konkursu na przyszłoroczne reprezentowanie Polski na Biennale w Wenecji. Wspomniany Prominent sławi ją w swym obszernym eseju jako wybitną z najwybitniejszych, znaną na świecie, zasłużoną itd, itp. Wymienione wyżej pytania stawia zaś wstydliwie i mimochodem. Obejrzałem więc wideo i cztery fotosy z projektu "Rudzienko". Dla smakosza. Może masochisty... 

   Cisza. Pusty ekran. Pojawiają się dziewczyny. Obłapiają się. Znikają w krzakach. Znów pojawiają się, kręcą w kółko, przytupują. Nikną.  Czarny ekran. Napisy w rodzaju:  - Mam tożsamość.  Cisza. Czarny ekran. Pętla. Da capo.

   Trwa to wszystko 40 minut i 10 sekund (w pętli), ale przecież mogłoby być gorzej, pocieszam się, np. 400 minut! Wyjąca z ekranu nuda nikogo z odbiorców ani nie nobilituje ani nobilituje. Z wyjątkiem znawców, jak Prominent, którzy z zachwytu pieją, bacznie rozglądając się, czy minister zauważy, skromne, a jakże ważkie i "po linii" pytania, i może łaskawiej spojrzy, nagrodzi? Tu wydaje mi się, mamy odpowiedź na absurdalną z pozoru, zbieżność intencji Salonu i zdrowych sił narodu - tu mamy, jak wskazał Naczelnik - WSTAWANIE Z KOLAN co się zowie.

   Gdy byłem dzieckiem pilnie czytałem wszystko co mi wpadło w ręce. Tak wpadł mi  "Król Maciuś I" Janusza Korczaka (czytam, że w nowej reformie edukacji prawdziwie narodowej, znalazł się wśród lektur, co prawda nadobowiążkowych, ale zawsze). Pamiętam, że po paru stronach skręciło mnie z nudów więc rzuciłem go w kąt, by z wielką frajdą zanurzyć się w pasjonującej lekturze "Historyi o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie" Kraszewskiego.

   Projekt Sharon Lockhart MAŁY PRZEGLĄD w oczywisty sposób nawiązuje do dzieła Korczaka. Jest słuszny, głęboki i poprawny politycznie. Minister Gliński przez powołanych przez siebie ekspertów i jurorów wykonał finezyjny "myk", o jakim się filozofom polityki kulturalnej nie śniło, dając pani Lockhart  ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, okazję wypełnienia  "Małym Przeglądem"  pawilonu POLONIA w Wenecji w 2017 . W Polsce, pod nosem Naczelnika chyba by to nie uszło. Tam i tak nikt tego nie będzie oglądał, chyba że z nudów, a jak mimo wszystko obejrzy, to powie:- no, no, tu Komisja Wencka szuka dziury w całym, Parlament Europejski się krzywi i pomrukuje złowróżbnie, a to wszystko tylko złe języki z określonych kręgów. Szkalują, bo zostali oderwani od koryta, a przecież Polska ma tak otwartego Ministra Liberała, jakiego każdy kraj europejski, może tylko pozazdrościć.

   Zapraszamy więc do pawilonu Polonia na prawdziwą ucztę duchową, jakiej  przez osiem lat rządów PO/PSL, byliśmy okrutnie pozbawieni. Korzystajmy z okazji, bo druga taka może się nie zdarzyć.

                                                            Andrzej Skoczylas 

18:31, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2016
Pandemonium przekazu

   Rozstrzygnięty został właśnie konkurs na udział Polski w przyszłorocznym 57 Międzynarodowym Biennale Sztuki w Wenecji. Wygrała go p.Sharon Lockhart z Los Angeles za projekt MAŁY PRZEGLĄD, pisma dla dzieci, ukazującego się pod egidą Janusza Korczaka, w latach 1926-1939, jako cotygodniowy dodatek do Naszego Przeglądu.

                                                Venecja 2001  North is protected by Tombi Gronlund     Jean Lafargue

   Nie mam zamiaru wdawać się dyskusję o trafności takiego, a nie innego wyboru, tym bardziej,że jest to niemożliwe przed otwarciem pawilonu POLONIA w dniu 13 maja 2017. Chcę jedynie wskazać, że jury, powołane przez wicepremiera, ministra kultury Piotra Glińskiego, kierowało się w swym werdykcie skrajną nadpoprawnością polityczną oraz takimże koniunkturalizmem. Nie ma dobrego argumentu za wykluczeniem  rozpatrywania sztuki przedmiotowej, przedstawiającej, która istnieje! A to jej przecież kosztem, bez oglądana się na jakiekolwiek względy rzeczowe, mamy dyktat, mamy do czynienia z lawiną na całym świecie, wręcz potopem sztuki wideo, nieskończonych jej wcieleń; filmu, fotografii, akcji, przekazów, "notacji", wszechodmian sztuk pojęciowych, performatywnych i konceptualnych aż do kreacji niematerialnych. Uległość jury wobec tej nawały PRZEKAZU nie dziwi, zwłaszcza, że jest on w swym rdzeniu i istocie medialny (za pośrednictwem, z inspiracji itp, nie ważne), dlatego jest potężny, "demokratyczny" (w znaczeniu powszechny) i...łatwy. 

Ileż trudu wymaga np przygotowanie i ekspedycja wystawy malarstwa czy rzeźby: - angaż robotników do budowy skrzyń i opakowań, całej logistyki, papierów, ubezpieczeń, zezwoleń (jak konserwatorskie i inne), po sztaby hierarchicznych specjalistów czuwających nad wszystkim i wreszcie transport, największe utrapienie, bo bywa, wcale nie prosty. A tu - szast prast i za pomocą komputerów mamy wszystko i wszędzie. Z naddatkiem!

   Nie wiemy jak wyglądały 43 projekty zaprezentowane przed jury. Zakładam, że wybór dzieła p.Lockhart był najsłuszniejszy ze słusznych; zawiera bowiem głębokie humanistyczne przesłanie ukazane w dokumentowaniu licznych akcji z pracy wśród społeczności lokalnych w obu Amerykach, Azji i Europie. W Polsce Sharon Lockhart wykonała i pokazuje efekty studiów, działań i pracy z pensjonariuszami Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapii.I jeszcze to uniwersalne dziedzictwo Janusza Korczaka - trudno o mocniejsze argumenty na rzecz zwycięskiego projektu. Nie mieści się on co prawda w pełni w ramach Dobrej Zmiany, lecz i nie jest zarazem przeciw niej, skoro swój placet daje prof. Piotr Gliński, przewodniczącą jury była prof.Joanna Sosnowska, kuratorem projektu jest mgr. Barbara Piwowarska (galeria Studio) a komisarzem pawilonu dyr. Hanna Wróblewska (Zachęta). Konserwatyści i prawdziwi patrioci muszą odłożyć na lepszą okazję swój ewentualny brak ukontentowania tym, kto i co będzie reprezentowało wstającą z kolan Polskę w Wenecji.W końcu, jestem przekonany, że wszyscy odetchnęli. I jury, i minister Gliński i prawdziwi Polacy, bo ci, wiadomo, uratowali z Holokaustu najwięcej Żydów na świecie.  

                      

    Wracam do mojego silva rerum, którym okazuje się "zielona książeczka" BAUMAN/BAŁKA, bez której jak widzę nie mogę się obyć, a która zaczyna spełniać nieoczekiwane funkcje i a propos.

   "(...)BAŁKA  A to jest Kurt Franz, który uprawia jogging w Treblince. Na tej fotografii jest detal jego twarzy. On robił sobie bardzo dużo zdjęć. Co w tych akurat, dynamicznych okolicznościach nie było wcale łatwe.Żeby zrobić sobie zdjęcie podczas biegu, trzeba było ustawić aparat na statywie i włączyć samowyzwalacz. Kolejna inscenizacja? Co ciekawe, na podstawie tych zrobionych przez niego zdjęć zaczęto ustalać lokalizacje obiektów obozowych: miejsca, gdzie znajdowały się baraki w Treblince, jak wyglądała topografia obozu. Bo cały obóz pod koniec 1943 roku znalazł się przecież pod ziemią. Zniknął z pola widzenia.

       A to kolejny kawałek, który nie przestaje mnie nękać.               Crezyzewski, masz to we krwi, jak kiełbasę, jak kolaborację z nazistami.

   To fragment odcinka amerykańskiego serialu Back toYou,  wyemitowanego 14 listopada 2007 roku przez kanał Fox 5. Ten Crezyzewski to bohater serialu, dziennikarz polskiego pochodzenia, Gary Crezyzewski.Odcinek wywołał lawinę protestów polskich konsulatów w USA. Wypowiedź tę uznano za przejaw tendencyjnego i krzywdzącego pokazywania Polaków jako narodu kolaborującego z nazistami. Pojawienie się w tym zdaniu, w tej konstrukcji krwi i kiełbasy, ten Crezyzewski, który kolaborację ma we krwi, jak kiełbasę... Wciąż nie wiem, co z tym zrobić, co o tym myśleć, jak z tym żyć. Takie zestawienia nie dają mi spokoju.

BAUMAN  Ta kiełbasa w stereotypowym  ujęciu Polaków przez  Amerykanów mnie nie dziwi. Na tej samej zasadzie Włochów kojarzy się z pizzą, Niemców z piwem, a Polaka z kiełbasą. To nie jest związek wymyślony na potrzeby filmu. Scenarzysta sięgnął po coś, co wdało mu się oczywiste dla każdego.

BAŁKA  Ale dołożył do tej kiełbasy kolaborację z nazistami, co już nie jest przecież tak oczywiste.

BAUMAN  Tak, to się chyba nazywa nadużycie.

BAŁKA  Jedną z moich wystaw nazywałem Crezyzewski.. To była wystawa w poznańskiej autorskiej Galerii AT, która działa przy Akademii Sztuk Pięknych i ma bogate tradycje konceptualne. Dając tej wystawie. tytuł Crezyzewski, musiałem nie tylko tłumaczyć się z tego wyboru i jego znaczenia kierownikowi galerii, ale także zmusiłem go do tłumaczenia tego widzom przychodzącym do galerii. Dało mi to niemała satysfakcję, ponieważ doprowadziłem do opuszczenia teoretycznie wysokich progów i zejścia do poziomu kiełbasy z jednej strony, z drugiej zaś do bardzo poważnych spraw związanych z pamięcią drugiej wojny światowej, Zagłady i ze stereotypami. Krew, kiełbasa i kolaboracja - taki rebus dla widzów. (...)."

   To też jest PRZEKAZ, i to jaki! Najwybitniejszy polski artysta stawia globalnie problem: dlaczego Polacy, polskość, są wciąż krzywdzeni przez sąsiadów, Europę, świat! I kto za tym stoi? Gdyby się prof. dr. Mirosławowi Bałce zechciało, i nie był zajęty przygotowaniami do objęcia funkcji Kuratora (Kreatora?) otwieranego już w przyszłym roku w Sush w Szwajcarii, Muzeum Sztuki Współczesnej i Performance,u Grażyny Kulczyk, mielibyśmy instalację Crezyzewski na Biennale w Wenecji. Na przykład. I z jakim pożytkiem dla krzywdzonego narodu...

                                                              Andrzej Skoczylas

.                                                                                                         

09:25, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 października 2016
Milion zbuntowanych parasolek!

Myliłam się, jednak kobiety przyparte do ściany odpowiedzialności karnej za aborcję wkurzyły się, potrafiły być solidarne i masowo zbuntować się 3 października...Na czarnych protestach było ich niemal 100 tysięcy w wielu miastach! To było ogromne zaskoczenie dla wszystkich. I, aby sobie nie otwierać nowego frontu, Kaczyński musiał - po raz pierwszy - cofnąć się i wycofać nieludzki i absurdalny projekt fundamentalistów z Ordo Iuris.Na ulice wyszły dziewuchy ( jak się same nazywają)i kobiety w różnym wieku, a nawet trochę mężczyzn.

Drugi czarny protest zdominowały feministki i przebierańcy z byłej lewicy ( bo mało komu odpowiada dziś  towarzystwo SLD, a nawet nowej lewicy z partii Razem). I polityczne etykiety w ogóle..

Na protest przyszło jednak kilkadziesiąt tysięcy kobiet, także w mniejszych miastach, nie tylko w metropoliach.I krzyczały nie tylko o aborcji, ale i o pogardzie wobec kobiet, traktowanych jak inkubatory i lekceważonych jako osoby i obywatelki...

Wkurzenie nie minęło, panie Kaczyński!

Kobiety skrzyknęły się spontanicznie przez internet, jak to już w świecie bywało, mimo że na razie nie grozi im wiezienie za aborcję! Parasolki nie mają przywódczyni czy przywódcy, nie są zorganizowane. Cały ten ruch może się rozpaść w każdej chwili...

Ale niektóre, w tym celebrytki, np.aktorka Maja Ostaszewska, które brały udział w proteście, zapowiadają, że w bliskiej przyszłości na ulice może wyjść nawet milion kobiet.

Może być i tak i tak. Ja mam nadzieję, że brutalny atak na wolność i godność kobiet w Polsce był tą kroplą, która - jak to się banalnie mówi - przelała czarę goryczy i uświadomiła im, że bez masowego sprzeciwu nic się w intencjach władzy i Kościoła nie zmieni. Tylko kobiecy bunt , tylko masowe wyjście na ulicę może tych starszych panów powstrzymać od grzebania w cudzych brzuchach w ramach udawanej troski o życie poczęte.

Kobiety są zdeterminowane, widać, że nie dadzą się oszukać. A milion zbuntowanych parasolek bardzo by się przydał!

                                                        joanna s.     


19:55, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 października 2016
Wajda. Koniec epoki

Tak, mamy dzisiaj wrażenie, że zamknęła się pewna epoka. Naszej, polskiej sztuki. To nie był "jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów filmowych", jak chcą tego niektóre media.

Wajda był najwybitniejszym polskim twórcą ostatniego stulecia. Człowiekiem, który chciał i umiał pokazać WSZYSTKO, co ważne w naszej historii i świadomości Polaków. I to jakże często na przekór powszechnym wyobrażeniom, chciał nas dotknąć do żywego! Jego przekaz był gorący, bulwersujący, przeżyty. Nikomu nie trzeba było tłumaczyć, o czym jest "Kanał", mimo że w całym filmie z 1957 r. - z powodów cenzuralnych - nie padają słowa  "powstanie warszawskie". Genialną metaforą postaw i uczuć i Polaków w dniu zakończenia wojennej hekatomby pozostanie "Popiół i diament" i symbol tego rozdarcia Maciek Chełmicki-Zbigniew Cybulski w amerykańskiej kurtce. Jeśli ktoś nigdy nie widział prawdziwego bogactwa, przepychu obok wołającej o litość nędzy i poniżenia, niech obejrzy "Ziemię obiecaną". Tym, którzy dziś zarzucają Wajdzie kolaborację z komunistycznym reżymem, polecamy obejrzenie ze zrozumieniem "Człowieka z marmuru". I tak dalej i tak dalej... 

Wajda zbudował ponad naszymi głowami swoje ogromne imaginarium, do którego będą odwoływać sie kolejne pokolenia.. I ono będzie trwać.  Nawet w wyobraźni "prawdziwych Polaków". Innego punktu odniesienia nie będzie! Nie stworzy go przecież żaden, nawet najgłośniejszy hollywoodzki reżyser.

A nam go stworzył Andrzej Wajda.

Wpięliśmy czarne wstążeczki. Mamy narodową żałobę.

11:39, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 września 2016
Janda: a może strajk a la Lizystrata?

Krystyna Janda (i inne) proklamowała na najbliższy poniedziałek strajk polskich kobiet.

Czarny protest, który rozpocznie się manifestacją w sobotę, jest oczywiście wycelowany w ekstremalnie antykobiecą i antyludzką ustawę zakazującą aborcji w Polsce, która ma być rozpatrywana - jako jedyna - w Sejmie. A w najbliższy poniedziałek kobiety mają demonstracyjnie nie przyjść do pracy.

Po co sobie fundujemy tę klęskę? Przecież wiadomo, że do pracy nie przyjdzie z tego powodu najwyżej kilka tysięcy kobiet. Z bezliku powodów, z których najważniejszy jest jeden: pracodawcy nie po to zatrudniają kobiety, by sobie protestowały. One mają harować i wykonywać polecenia , a gęba w kubeł! A jak zasmakują w protestach, to kolejny  może być przeciwko nim!

Zezwolenie na wzięcie dnia wolnego otrzymają niektóre przedstawicielki wolnych zawodów, które i tak nie pracują od do, może część nauczycielek ze szkół, które jeszcze prowadzą nominaci z opozycji, urzędniczek  z opozycyjnych samorządów i jakichś innych niekomercyjnych instytucji, może trochę studentek czy licealistek.

I to by było na tyle. Czy warto się liczyć w ten sposób?

Islandia, kraj mały, w dodatku z większością protestancką, gdzie ta metoda okazała się skuteczna , to dla niemal 40-milionowej Polski w ponad 95 proc. katolickiej żaden przykład do naśladowania! Kto chciałby się w tej sprawie narażać Kościołowi czy choćby proboszczowi?

W dużych krajach katolickich , jak Włochy, Francja czy Hiszpania walka o dopuszczenie aborcji była długa i dramatyczna. We Włoszech zakończyła sie wygranym referendum, w Francji ustawę przeprowadziła przez Zgromadzenie Narodowe sama Simone Weil, minister sprawiedliwości, osoba nieposzlakowana, ciesząca się najwyższym autorytetem w kraju i na świecie, a jednak nie szczędzono jej obelg i wyzwisk. U nas takiego autorytetu nie ma i nie ma szans, by się pojawił.

Czarny protest może doprowadzić w najlepszym przypadku do zachowania tzw.kompromisu aborcyjnego, ale czeka nas długa i wyniszczająca wojna ideologiczna, której zakończenie - biorąc pod uwagę determinację i nieprzebieranie w środkach "obrońców życia", silnych poparciem kleru - wcale nie jest pewne

Może więc wyrzucić czarne stroje i przypomnieć sobie (Krystyna Janda musi to przecież wiedzieć!), że w V wieku przed naszą erą niejaki Arystofanes napisał komedię o pewnej Lizystracie, która - nie mogąc odwieść męża od udziału w kolejnej bezsensownej wojnie - odmówiła mu świadczenia obowiązków małżeńskich. I odniosła triumf, chociaż nie obyło się bez karczemnych awantur, ze strony zawiedzionego męża, oczywiście...!

Trudno wymyślić coś skuteczniejszego! Już starożytne Greczynki wpadły na ten pomysł...W końcu zabawny i bardziej kobiecy niż czarne stroje i cały ten "powstańczy" sztafaż.

A wiec zachęcam protestujące do nieświadczenia seksusług swoim mężom i partnerom tak długo, jak nie zaprotestują przeciw tej koszmarnej ustawie. Namawiam kobiety do odmawiania zwłaszcza obrońcom życia, ale i zwykłym tchórzom. Wzywam zakonnice, kleryków płci obojga , a nawet "gospodynie" proboszczów do solidarności z innymi kobietami! A feministki niech udowodnią, że też potrafią robić coś innego niż wspinać sie na platformy, wykrzykiwa hasła i drapować się w szaty wiecznie pokrzywdzonych bohaterek dramatów! Oraz, że miewają poczucie humoru...

                                                             joanna s.     

21:24, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 września 2016
Kopnąć Wajdę? Nic prostszego!

"Powidoki", najnowszy film Andrzeja Wajdy, jest już polskim kandydatem do Oscara.Został zgłoszony przez Instytut Sztuki Filmowej, instytucję na razie jako tako niezależną. Oczywiście lepiej by było, gdyby zgłoszono "Smoleńsk", wzbogacony o apel poległych autorstwa ministra obrony narodowej...Ale cóż, świat się nie kończy, poczekamy.

Tymczasem będziemy wyniośle spoglądać na tego hochsztaplera, który mieni się reżyserem i będziemy udawać, że nie wiemy, że w tym roku ukończył dziewięćdziesiątkę, a - o dziwo!- nie jest miłośnikiem "dobrej zmiany", bredzi coś o swobodach twórczych...Byłby już czas nabrać rozumu!

A jeśli nawet nie wie, o co chodzi,bo za stary dla naszej nowej prężnej ekipy, to go przeczołgamy i może wreszcie coś pojmie!

Po cholerę takiemu urządzać jubileusze? Szkoda nawet wody mineralnej...

I oczywiście, ani prezydent Duda, ani premier Szydło, ani minister Gliński nie zaprosili Jubilata, bo po co i dlaczego?

Andrzej Wajda przeżywał różne upokorzenia w ciągu dziesięcioleci swojej twórczości, ale żadna władza,łącznie z komuną, nie poważyła się na coś porównywalnego.

A jeszcze ten najnowszy film o niejakim Władysławie Strzemińskim (kto to taki?)! Pewnie jakiś lewak prowokator...Nam ze sobą nie po drodze i tyle.

Nie po raz pierwszy film Wajdy został zgłoszony do Oscara. On sam przez całe swoje życie prowadził Polaków z lustrem po gościńcu, powodował najgorętsze dyskusje, spory, odżegnywania od czci i wiary. "Kanał", "Popiół i diament", "Ziemia obiecana", "Człowiek z marmuru" otworzyły oczy milionom widzów na całym świecie na to, że istnieje taki kraj jak Polska, z wyjątkowo pogmatwaną historią, zwykłymi i niezwykłymi ludźmi, którzy chcą, ale nie mogą sami wyjść na wolność ("Kanał"). W końcu im się udaje, ale wolność -  jak się okazuje - nie jest lekiem na całe zło.

Co dziś rzuca się w oczy. Historia ma być pisana od nowa w stylu heroicznym , a jej twórcami mają być wielbiciele żołnierzy wyklętych i prawdziwych Polaków.

W tej "wizji" Wajda oczywiście się nie mieści. Kiedy oddawał swoje pamiątki rodzinne powstającemu w Gdańsku Muzeum historii II wojny światowej, zapytano go, czy widzi jakieś pozytywne strony wojny. "Przeżyłem wojnę, ale nie widzę żadnych" - odparł.W nowym salonie oczywiście nie może być dla niego miejsca!

                                                                        joanna s.

                                                                                                                                                                                  



18:00, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2016
DWURNIK

                        Foto Krzysztof Gierałtowski                                                        

JEST ULUBIONYM MALARZEM ministra kultury Piotra Glińskiego - doniosły media! Tego się nie spodziewałem, a to dlatego, że po ujawnieniu preferencji pana ministra i stosownych decyzjach administracyjnych na terenie teatru, filmu, mediów narodowych (co spowodowało ogromną wrzawę, protesty itp) ujawnienie osobistych gustów i to w dziedzinie tak nieokreślonej jak sztuka współczesna, w ogóle sztuki wizualne, wydawało mi się, jest dla polityka zbędne, jest typowym "szukaniem guza". Jest ryzykiem, którego, jeśli nie ma koniecznej potrzeby, po prostu się unika. Chyba że? ma znaczyć! Jeśli tak,

 to powstaje tu ciekawa sytuacja. Minister Gliński od progu swej kadencji, a faktycznie dużo wcześniej, proklamował politykę Dobrej Zmiany, coś w rodzaju narodowej rewolucji kulturalnej, a jak powiedział, "sprecyzował"(?) Zwierzchnik narodu w Krynicy, kontrrewolucji. Jednym z najbardziej wyrazistych narzędzi tej nowej polityki kulturalnej, rozdzielających środki finansowe, było wyrzucenie starych i powołanie nowych zespołów eksperckich w  MKiDN. Znaleźli się w nich m.in. Monika Małkowska i Zbigniew Maciej Dowgiałło. Skąd tam się wzięła Małkowska, wiadomo: za wykrycie mafii, która rządzi polską sztuką współczesną, z czym minister się zgodził, odpowiadając w Sejmie na interpelację i przyznając, że "mafia najprawdopodobniej funkcjonuje" i obiecał wdrożenie odpowiednich ozdrowieńczych działań. Co do Dowgiałły, sprawa jest bardziej skomplikowana: autor głośnego obrazu Smoleńsk (pisaliśmy o tym, patrz / Sztuka pro kontra/ Biznes Smoleńsk/25.04.2012.), nazywa zwyczajnie swe dzieło arcydziełem. Wolno mu. Startował bezskutecznie z list PIS do Rady dzielnicy Ochota w Warszawie pod hasłami  m.in. "Wielka, wspaniała, uczciwa Warszawa" i "Zaprzestania finansowania lewackich i antypolskich organizacji oraz teatrów i galerii promujących satanizm".  A na Twitterze precyzuje: "Atak czerwonych szczurów, bolszewickich pomiotów, zdrajców Ojczyzny na Polskę (trwa  przyp. m.)". "Wściekła napaść zdrajców Polski i lewackich, ubeckich gnid na mój obraz Smoleńsk, świadczy tylko o wielkości tego arcydzieła malarstwa".

 Wicepremier i minister Piotr Gliński, po wyznaniu swej wielkiej admiracji do twórczości Edwarda Dwurnika, powinien więc czym prędzej, wręcz natychmiast, powołać go i dołączyć do Dowgiałły i Małkowskiej! Ale jednak, jak dotąd, tego nie robi. Dlaczego? Przecież czas nagli, a szkody czynione sztuce polskiej pogłębiają się! Jednak zbyt śmiałe domysły powodów kunktatorstwa ministra i interpretacje tego faktu, mogą prowadzić na manowce. Na razie na pewno nie wiemy nic.

 Dwurnik jest wybitnym malarzem, uważam tak nie od dziś, co łatwo mogę udowodnić. Czy to oznacza, że mam taki sam gust jak minister Gliński? Horror! Przypomnę, że Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy byli jeszcze większymi wielbicielami obrazów Dwurnika, przyozdabiając nimi Pałac Prezydencki (i wyrzuconymi  stamtąd, w ramach dobrej zmiany, na zbity pysk). Czy byli i są tą samą orientacją co minister Gliński i ja? Wesołe!

 Mainstream polskiej sztuki (nie powiem salon) na hasło Dwurnik zatyka nos. Czy to oznacza, że jest wyższą kategorią, sortem? Śmieszne! Czy są wśród nich  nawiedzone ciotki, hochsztaplerzy i różne wykreowane miernoty? Oczywiście (służę nazwiskami ), ale to o niczym nie stanowi.

 Dwurnik jest przekonany, że jest najlepszym polskim malarzem. Bezkonkurencyjnym. Znów, wolno mu!

 Jest kapryśny i arogancki, megalomański, przewrotny i nielojalny wobec przyjaciół, lży i poniewiera ,gdzie może, swych kolegów artystów, często uznanych i wartościowych. Zmyśla i kłamie, gdy mu się wydaje, że przyniesie mu to korzyść. Jest snobem. Potrafi namalować portret swego (jak mniemam) idola, Andrzeja Wajdy z siedzącymi mu na kolanach Beatą Tyszkiewicz i Krystyną Zachwatowicz, z wypuszczonym ze spodni penisem, sprzedać obraz do Słupska i cieszyć się jak dziecko, że zreprodukowano go w dużym nakładzie kalendarzy.

 Dwurnik jest bogaty. Potrafi o swych porschach, mercedesach, willach, gadać godzinami. Namalował tysiące obrazów, dziesiątki tysięcy rysunków. Jest  p r a c o h o l i k i e m, tytanem pracy, jedynie to bezspornie da się o nim powiedzieć. Wszystko reszta to magma, którą się sam z lubością otacza.

 W jednym z niezliczonych wywiadów, których udzielił, raz tylko, mimochodem, wymienia Picassa. Gdyby nie był głuptasem, trzymałby się tego porównania  Picassa z własną twórczością stale i za wszelką cenę! Wyłącznie z nim by "się ścigał" i kolegował, jedynie jego towarzystwo uznawał, bo ma na to autentyczne "papiery"! A tak?  Nurza się tylko w bezrozumnej logorei.

 Jest słynny, popularny, najlepiej sprzedający się na aukcjach (co boli tak wielu) , chce otwarcie być celebrytą (oto ideał!). Może imponować i imponuje. Nie dziwię się, że minister Gliński mógłby się z nim zaprzyjaźnić. Z najlepszym żyjącym polskim malarzem? Czemu nie. Ale to jednak, mimo wszystko, coś innego niż Dwurnik jako urzędnik ministra, siedzący w komisji rozdzielającej środki, realizujący nową, narodową do trzewi, politykę kulturalną państwa. Wzorotwórczy? Jednak, coś tu zgrzyta.

 Jest dla mnie charakterystyczne, gdy Dwurnik mimo całej swojej fanfaronady, niejednokrotnie odwołuje się do opinii  o swej robocie wyrażonej przez Józefa Czapskiego , że maluje "smołą i atramentem", a Eugeniusza Eibischa, że "drutuje" swoje rysunki. Świadczy to o tym, że pod maską błazna Dwurnik czuje i rozumie głęboko, tylko on, czym różni się farba od koloru, co dla zwykłego śmiertelnika jest niedostępne. Jak to pokazać na obrazie, uwiecznić wrażliwość w rysunku? Widać, że on się z tymi problemami zmaga, że one go zajmują  poważnie, w przeciwieństwie do głupot, które tylko gada, plecie i gada. Niestety, taki to umysł i charakter, po prostu.

 

Póki co, wyobrażam  sobie taką scenę, gdy nasz Mistrz (nie zaprzecza, że jest mistrzem) wizytujący swego ministra-przyjaciela w Pałacu Potockich przy Krakowskim Przedmieściu, (który - mówiąc nawiasem - gdyby chciał, mógłby sobie kupić) rozparty w fotelu rzuca od niechcenia: - Wiesz Piotrze, tu w salonie, za twoimi plecami, musi zawisnąć mój świetny obraz "Sześćdziesiąt masturbujących się kobiet na przystanku autobusowym". I to bez dyskusji!

 

                                                         Andrzej Skoczylas

 

PS Właśnie przejrzałem dopiero co wydany wywiad rzekę Małgorzaty Czyńskiej (rocznik 1975) z Edwardem Dwurnikiem (rocznik 1943) pt. "Moje królestwo". Może warto będzie do tej rozmowy wrócić? Zobaczymy. A.S.

 

 

09:09, rouge.noir , kultura
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10